MENU
Wakacyjne wojaże na akumulatorze

„Elektrykiem” na Lazurowe Wybrzeże. Ekonomicznie i bez cienia stresu w Kii e-Soul   

Długa podróż elektrykiem nie wymaga, ani poświęceń, ani nie grneruje stresu związanego np. z doładowaniem auta. Relacja Marcina Hałata, to potwierdza
Źródło zdjęcia: Marcin Hałat, EV Klub Polska

Trzy lata temu była Chorwacja elektrycznym Nissanem Leaf 62 kWh (rejon Zadaru), dwa lata temu podróż Hyundai-em Ioniq 28 kWh do nadmorskiego kempingu w okolicach Ravenny oraz San Marino, a w tym roku postanowiliśmy pojechać w rejon działania żandarmów z Saint-Tropez. Marcin Hałat, klubowicz EV Klub Polska postanowił podzielić się wrażeniami z wyprawy „elektrykiem” na Lazurowe Wybrzeże.  Zobaczmy! Może ta podróż będzie inspiracją dla elektromobilnych, by wyruszyć dalej na bateriach jeszcze w te wakacje? 

Cztery osoby naładowane pozytywną energią (auto Kia e-SOUL z baterią 64 kWh też), zapakowani w niezbędny pakunek wakacyjny (jakieś 250 kg załadunku łącznie z pasażerami) ruszyliśmy o świcie z podkrakowskiej wioski w gminie Skawina w najdłuższą – jak dotychczas – podróż „elektrykiem”. 1700 km przed nami i na horyzoncie m.in. Saint-Tropez, Nicea, Eze, Cannes, Monaco, Antibes, Port Grimaud.

Kierunek: Lazurowe Wybrzeże – 1000 km i nocleg

Tak jak poprzednio do Chorwacji czy do Włoch, tak i tym razem postanowiliśmy jechać autostradami przez Słowację (konieczne winiety np. 10 dniowe zakupione online). Z racji tego, że staramy się nie jeździć ciągiem i w dzień, i w nocy, pierwszy nocleg zrobiliśmy po ok. 1000 km trasy. Wydaje się nam to optymalna odległość od domu na pierwszy dłuższy odpoczynek.

Miejsce pod Weroną we Włoszech, wcześniej ustalone, miało podziemny parking (jakimś cudem nie wypraszają „elektryków” – to tylko polski wymysł?!) z dwiema stacjami do ładowania samochodów. Skorzystaliśmy z aplikacji hotelowej, która pozwoliła nam – w trakcie naszego noclegu – doładować auto do pełna.

W stronę Piacenzy, Genui i Morza Liguryjskiego

Trasa w kierunku granicy z Francją, a następnie dalej, prowadziła – z jednej strony wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego, a z drugiej – u podnóża gór Piemontu (nazwa regionu dosłownie oznacza „krainę u stóp gór”).

Potem pojechaliśmy na południowy zachód mijając po naszej lewej stronie Mentonę, księstwo Monaco, Niceę, Antibes i Cannes. Nasz ośrodek kempingowy liczący ponad 100 domków (trzeci raz skorzystaliśmy z usług ogólnoeuropejskiej sieci Homair.com) mieścił się w zatoce Saint-Tropez, niedaleko portu Grimaud.

Miejsce wybraliśmy ze względu na bliskość plaży Morza Śródziemnego (ok. 9 minut piechotą), a także udogodnień wewnątrz (basen z ratownikami, dwie zjeżdżalnie, restauracja, bar, lodziarnie, supermarket, WIFi na całym terenie, boiska do gry, itp.).

Dwa stanowiska do ładowania samochodów elektrycznych były dodatkowym atutem, ale z racji bliskości innych stacji na „mieście”, w tym taniego jak przysłowiowy barszcz prądu na stacjach Supercharger Tesli, kompletnie się tym nie przejmowaliśmy. Przy okazji zaznaczę, że cała obsługa kempingu poruszała się tylko melexami. Niestety pojazdy odbierające śmieci to już tylko diesle.

Temperatury letnie, bliskie 40 stopni nie opuszczały nas przez połowę urlopu, potem upał trochę zelżał i było „tylko” 32-35 stopni w cieniu. Ani kropli deszczu więc rezerwowe „wiatrówki” były zabrane z domu zupełnie niepotrzebnie 

Lokalnie – łącząc odpoczynek na basenie, czy na pobliskich plażach, zwiedzając dodatkowo pokonaliśmy ok. tysiąca km. Zobaczyliśmy nie tylko nadmorskie kurorty i miasta w tym m.in.:

Niceę (Wzgórze zamkowe Colline du Château, Plac Masséna, rozciągająca się przez niemal siedem kilometrów Promenada Anglików, Plac Garibaldiego, stare miasto, Port i plaża Lympia)

Saint-Tropez (oczywiście port i przylegle uliczki, cytadela na wzgórzu, a także Muzeum Żandarmerii i Kina w Saint-Tropez mieszczące się w dawnym, autentycznym budynku posterunku przy 2 place Blanqui J),

Port Grimaud (nazywane „francuską Wenecją” – piękne kolorowe domki „na wodzie”, kanały zamiast ulic, mosteczki, łodzie i jachty obok siebie),

– przejazdem nadmorskie malownicze Saint-Maxime, Saint-Raphael, Antibes,

Gassin, Ramatuelle – urokliwe, ukwiecone wioski prowansalskie, „zawieszone” na wzgórzach, gdzie rozpościera się piękny widok na Zatokę Saint-Tropez,

Monaco/Monte Carlo (warto zacząć zwiedzanie od zapierającego dech w piersiach widoku na miasto ze wzgórza Tete de Chien w La Turbie), potem Zamek, port z jachtami, ulice, po których jeżdżą bolidy Formuły 1 w trakcie Grand Prix, no i oczywiście ulice miasta, przy których zaparkowane są bardzo drogie Ferrari, Bentleye, Rolls-Royce czy Maserati.

– Cannes (promenada i pałac festiwalowy),

– Eze (stare miasteczko położone na wysokiej skale, i przepiękny egzotyczny ogród z niesamowitą panoramą na całe Lazurowe Wybrzeże),

– ale również zapuściliśmy się w stronę Alp Górnej Prowansji, gdzie płynęliśmy kanionem Verdon w głąb lądu (turkusowa woda widziana z rowerków wodnych i możliwość „zaliczenia” najgłębszego kanionu w Europie) oraz zwiedziliśmy pobliskie malownicze Moustiers-Sainte-Marie (wodospad w mieście, stary kościół, pyszne lody, wszechobecny zapach lawendy na uliczkach),

– i wspinaliśmy się uliczkami górskiego Gourdon.

Żona z kolei zaciągnęła nas na największe na świecie i chyba najbardziej spektakularne pola lawendowe znajdujące się na prowansalskim płaskowyżu Valensole.

Droga powrotna i jeden nocleg

Sama droga powrotna do Polski to jeden nocleg w świetnej włoskiej willi (również z możliwością ładowania samochodu w nocy), ale już mniej miejsc do zwiedzania; „zaliczyliśmy” dwa bajeczne alpejskie polodowcowe jeziora w Laghi di Fusine, gdzie było trochę relaksującego chodzenia po lesie i skałkach.

Podsumowując, łącznie tam i z powrotem oraz jazda po lokalnych drogach samochodem elektrycznym miała długość około 4500 km, z czego:

– kilkaset kilometrów wywieźliśmy z domu w Polsce (naładowanie z fotowoltaiki, i w II taryfie) oraz z księstwa Monaco (tam na publicznych stacjach ładowania prąd jest za darmo…), a za resztę zapłaciliśmy na stacjach DC i AC, głównie Superchargery Tesli (ceny od 16 eurocentów za kWh), Ionity (abonament 1-miesięczny i ceny ok. 1,6-1,86 zł za 1 kWh) i jeden raz, Greenway (akurat letnia promocja nie dotyczyła roamingowej stacji).

Jechaliśmy tak, żeby do stacji dojechać na minimum 5% ale z baterią 64 kWh jest to zdecydowanie inna jazda niż rok temu Hyundai Ioniq z dostępną baterią 28 kWh (realnie 24 kWh). Przystanki w trasie robiliśmy tak jak chcieliśmy, a nie tak jak żądało od nas auto, czyli praktycznie co 2-3 h (auto jest w stanie przejechać ciągiem na pełnym „baku” ponad 300 km maksymalną dopuszczalną prędkością autostradową dla Francji, Włoszech, Austrii, czy Słowacji). Praktycznie żadnego strachu przed spadkiem zasięgu i niedojechaniem do stacji ładowania. To nie czasy Leafa 24 kWh…. Aplikacje ABRP, Plugshare wspomagały nas w podróży, ale tylko z ciekawości. Bo aplikacje swoje, a życie swoje. Kto podróżuje, ten wie.

Wszystkie stacje uruchomiły się bez problemu. Na żadnej nie staliśmy w „mitycznej” kolejce, choć to był czas rozpoczęcia wakacji w całej Europie, zmiany turnusów, itd.

Cała trasa wyszła zatem około 259 euro czyli 1111 zł (liczone już z ogładą, Euro po 4,3 zł). Gdyby z kolei policzyć koszty podróży samochodem spalinowym (olej napędowy; spalanie ok. 6 litrów/100 km) to byłoby to minimum 2150 zł, z tym, że plusy jazdy elektrycznym, to:

– o wiele większy komfort, cisza, dynamika, włączanie klimatyzacji z aplikacji, brak konieczności bawienia się sprzęgłem, hamulcem ręcznym, pedałem gazu na stromych podjazdach (jednak spore wzniesienia nawet 18%), zdecydowanie tańsza wyprawa, brak konieczności szukania stacji paliw na miejscu.

Garść statystyk

Zużycie przy średniej z trasy TAM (do Francji) wyszło ok. 17,4 kWh/100 km, przy średniej prędkości ok. 70 km/h. Przy czym średnią zlicza nawet jak auto jest włączone na postoju (nie porusza się, więc średnia prędkość jazdy spada), a tak było.

Zużycie sumarycznie z całej trasy TAM, lokalnie i z POWROTEM (do Polski) wyszło ok. 16,6 kWh/100 km przy średniej prędkości z 4420 km wynoszącej ok. 54 km/h (wliczone postoje i schładzanie auta).

Łącznie jazda do Francji zaobfitowała czterema przystankami z ładowaniem (w tym posiłki i zakupy), a droga powrotna do Polski to z kolei pięć przystanków z ładowaniem.

Ilość energii „wpakowanej” na trasie do baterii to ponad 700 kWh (w tym darmowe), a koszt tych ładowań (dzięki abonamentom Tesli/Ionity/Greenway) nie był znaczny.

Pamiętać należy, że płatnymi autostradami (winiety i bramki) poruszaliśmy się na Słowacji, Austrii, oraz we Włoszech i Francji. Słowenia to tylko drogi lokalne. Jazda praktycznie cały czas w trybie NORMAL / czasem SPORT, a z górek to najczęściej pełna rekuperacja.

Minusy, lub zwał, jak zwał

Różne aplikacje, ale do ogarnięcia (praktycznie skupiliśmy się na aplikacjach Tesli, IONITY i 1 x Greenway – zasięg tego auta jak i przebieg trasy pozwalał na ładowanie tylko po Ionity czy po Superchargerach, ale dla zoptymalizowania trasy, wybieraliśmy obie sieci (stąd wykupiony na jeden miesiąc abonament po 50 zł).

W jednym z hoteli po drodze do ładowania z AC musieliśmy założyć dedykowaną temu hotelowi nieintuicyjną i toporną aplikację. Co do ładowania, kaucje na stacjach DC nierzadko wymagały pozostawiania po około kilkadziesiąt Euro za każde uruchomienie, ale na szczęście zwroty na konto bankowe różnic następowały systematycznie, w ciągu dosłownie 1-4 dni (wliczając weekend).

Austria – tu jest naprawdę bardzo dobrze i praktycznie w każdym zakątku mieliśmy do wyboru do koloru stacji AC/DC, tak samo Włochy czy Francja. We Francji w najbardziej nieoczywistych miasteczkach widoczne były AC. W Polsce czasem i w mieście powiatowym ledwo uświadczysz jedyną istniejącą stację przy Lidlu czy Biedronce…

Ogólnie w trasie spotkaliśmy najwięcej Tesli (w tym francuskich, włoskich), sporo VAGów, Stellantisów, czy „Koreańczyków”. Chińczyków niezwykle mało, jak już to pojedyncze BYDy. No i około dziesięć Polestarów model 2 i 4.  Trzeba wskazać, że Francuzi jednak mocno wspierają swój własny przemysł motoryzacyjny, bo czy elektryki czy spalinowe, to mocno „czuć” na drogach francuskie auta. Tak samo Włosi.

Summa summarum, było bardzo warto i kolejnym razem trasy nawet 1700 km z między noclegiem spokojnie można robić elektrykami z bateriami >60kWh. Chcę zaznaczyć, że tym razem większa bateria (a do tego niekosmiczne zużycia!), możliwość ładowania 11 kW (3F) na AC oraz aplikacja do schładzania auta na odległość to super sprawa  i spory przeskok w porównaniu z jazdą Hyundai Ioniq 28 kWh rok temu (mała bateria, jednofazowe ładowanie AC, brak aplikacji)… Kia eSoul ma ładowanie na DC około 1,1 kWh na 1 minutę, co może nie jest spektakularnym wynikiem, ale rekompensuje stosunkowo niskim zużyciem energii, a baterię doładowujesz i tak w trakcie przerw/postojów, co kilka godzin w trasie. Bywało tak, że ładowanie odbywało się w pobliżu centrów handlowych, czy restauracji, i to auto czekało na nas, a nie my na auto.

Dla zainteresowanych szczegółami przejazdu, zapraszam do kontaktu w komentarzach, na priv czy mailowego samochodyelektrycznekrakow@gmail.com

Chętnie podzielę się doświadczeniem.

PS

Austria/Włochy/Francja:

– sporo długich, kilkukilometrowych tuneli, z prędkościami wewnątrz po 80 / 90 / 100 km/h, więc nie wiem czemu w Polsce narzekają na tunel na „zakopiance”, że ma niby takowe ograniczenia prędkości…

– ogromna ilość stacji ładowania przy drogach, ale też w mniejszych gminach i regionach francuskich, włoskich czy austriackich.

– trzymający się na ogonie samochodu Włosi i Francuzi, chaotycznie i nielogicznie jeżdżący, jakby po hektolitrach kofeiny (?), wyprzedający nierzadko na linii ciągłej, na przejściach dla pieszych, choć Francuzi jakby ciut bardziej na drodze kulturalni.  Włosi lubią nie używać kierunkowskazów,

– bezpiecznie jeżdżący Austriacy (trzymający odstęp od poprzedniego pojazdu, brak wariackich wyczynów na drodze publicznej, itp.),

– mnóstwo fotoradarów, odcinkowych pomiarów prędkości (przede wszystkim Włochy),

– we Włoszech praktycznie brak stacji paliw jak w Polsce – tam wszystkie samoobsługowe. Włosi mogą nam zazdrościć, że praktycznie na każdym Orlenie czy BP kupisz to samo co w supermarkecie, od pluszowych misiów, przez porcelanowe kubki już nie mówiąc o żywności czy napojach wszelkiej maści,

– we Włoszech słabo rozwinięta sieć myjni samoobsługowych, a jak już, to na jakieś żetony (o terminalu płatniczym zapomnij),

– w sklepach / supermarketach ceny takie same jak w Polsce (a przecież koszty życia w Polsce w stosunku do zarobków – zdecydowanie wyższe),

– mili, kulturalni, pomocni obywatele,

– temperatury powietrza we Francji i we Włoszech oscylowały za dnia od 30 do nawet 40 C w cieniu (przełom VI/VII),

– plaże ładne, łagodne wejścia do morza, a woda zdecydowanie cieplejsza niż w lipcu/sierpniu w Bałtyku Opis: 

– przepięknie cykające cykady (!),

– bardzo smaczne lody (np. o smaku Tropezienne, nawiązujące do kultowej Tarty Tropézienne, odzwierciedlają flagowy przysmak Saint-Tropez, który łączy w sobie nuty puszystego, maślanego ciasta brioche, delikatnego kremu waniliowego oraz skórki pomarańczowej.

Marcin Hałat, EV Kub Polska

Fot. Autor

REKLAMA