Kiedy Mario Christou z Carwow pisze, że małe auta elektryki są po prostu lepsze od małych aut spalinowych, trudno uznać to za prowokację. Zwłaszcza gdy w tym samym tekście przyznaje Renault Twingo E‑Tech pierwszą w swojej karierze notę 10/10. To nie jest człowiek, który rozdaje najwyższe oceny lekką ręką – to ktoś, kto na co dzień testuje samochody z potężnymi silnikami i potrafi docenić ich charakter. A jednak to właśnie niewielkie, miejskie EV zrobiły na nim największe wrażenie.
Christou opisuje Twingo jako auto, które „nigdy nie czuło się poza swoją strefą komfortu”, nawet na autostradzie podczas testów na Ibizie. Renault zapowiada cenę poniżej 20 tys. funtów (na naszym rynku ma być to ok. 85 tys. zł – przyp. red.), a według autora realny próg wejścia może wynieść około 19 tys. funtów. W świecie, w którym „elektryki” wciąż uchodzą za drogie, to propozycja, która może zmienić reguły gry. Zwłaszcza że – jak podkreśla recenzent – Twingo oferuje skok jakościowy w komforcie i praktyczności, jakiego w tym segmencie dawno nie było.

Jakie auta wzbudzają emocje
Podobne wrażenie zrobiła na nim nowa Nissan Micra, będąca w istocie przestylizowanym Renault 5. Christou przyznaje, że ma do tej nazwy sentyment, bo to w Micrze uczył się jeździć jako nastolatek na Cyprze. Ale nostalgia to jedno, a rzetelna ocena – drugie. A ta wypada zaskakująco dobrze: nowa Micra wygląda dojrzalej niż Renault 5, ma bardziej stonowane wnętrze i – co ważne – zachowuje wszystkie zalety elektrycznej konstrukcji.
Największe emocje wzbudziła jednak Cupra Raval w topowej wersji VZ Extreme. Sportowe zawieszenie, szpera, kubełkowe fotele – to zestaw, który zwykle kojarzy się z hot hatchami, a nie z miejskim elektrykiem. A jednak Raval potrafi przewieźć kierowcę i czterech pasażerów bez poczucia klaustrofobii, oferując przy tym bagażnik większy niż w większej Cupra Born. To efekt nowej generacji baterii i sprytnego pakowania podzespołów. Christou podkreśla, że podczas jazdy ani razu nie zatęsknił za małym, spalinowym silnikiem „dudniącym pod maską”. I trudno się dziwić – elektryczny moment obrotowy idealnie pasuje do charakteru małych hatchbacków.

Rynek weryfikuje opinie
To jednak nie tylko opinie jednego testera. Według ekspertów EY i ING Banku Śląskiego większość barier dla elektryków zniknie do 2030 roku. W raporcie – sprzed kilku lat – pt. „Samochody elektryczne. Którym pasem zamierzamy jechać?” analitycy przewidują, że do końca dekady EV będą odpowiadać za około 6 proc. sprzedaży nowych aut w Polsce. To wciąż niewiele, ale trend jest jednoznaczny – szczególnie w dużych miastach, gdzie krótkie dystanse i rosnące ograniczenia dla spalinówek sprzyjają elektrykom.
McKinsey Center for Future Mobility dodaje jeszcze jeden argument: aż 60 proc. podróży samochodowych na świecie to przejazdy krótsze niż 8 km. To dystans, który nawet najmniejszy elektryk pokonuje bez wysiłku, a jednocześnie taki, w którym silnik spalinowy pracuje w najmniej efektywnych warunkach. Jeśli więc gdzieś elektryki mają naturalną przewagę, to właśnie w miejskiej codzienności.

Segment u progu rewolucji
Oczywiście, jak przypominamy na Elektromobilni.pl, e-auta mają też swoje wady, np. czas ładowania, wyższe ceny zakupu czy wciąż nierównomiernie rozwiniętą infrastrukturę. Ale lista zalet – od zeroemisyjności, przez niskie koszty eksploatacji, po ciszę i świetną dynamikę – sprawia, że bilans coraz częściej wychodzi na korzyść prądu. Zwłaszcza w segmencie małych aut, gdzie liczy się prostota, zwrotność i tania eksploatacja.
Christou kończy swój tekst pytaniem o elektrycznego Peugeota 208 GTi. I trudno o lepszą puentę. Jeśli małe „elektryki” już dziś potrafią być szybkie, praktyczne i tanie w użytkowaniu, to co stanie się, gdy producenci zaczną traktować je jak pełnoprawne hot hatche? Być może właśnie w tym segmencie zacznie się prawdziwa rewolucja – ocenia.
Opr. Oskar Włostowski






