Ferrari Luce – zachwyt, potępienie i giełdowy krach

Pierwszy w pełni elektryczny model z Maranello miał być pokazem siły i symbolem nowej ery marki. Zamiast tego Luce przyniósł mieszankę zachwytu, gniewu i gwałtownej przeceny akcji, która – jak podkreślają media – odzwierciedla rosnące obawy o przyszłość luksusowych „elektryków”.

Premiera Ferrari Luce w Rzymie miała wszystko, co zwykle towarzyszy debiutom włoskiej marki, tj. monumentalną oprawę, globalną uwagę i symboliczny gest w postaci prezentacji auta papieżowi Leonowi XIV. Jak podaje Polsat News za BBC, zwierzchnik Kościoła nie tylko obejrzał pierwszy elektryczny model Ferrari, lecz także zasiadł za jego kierownicą i otrzymał od producenta kierownicę w prezencie. To jednak nie wystarczyło, by ostudzić emocje, które w sieci i na giełdzie wybuchły z pełną mocą.

Zanim przejdziemy do emocji, dwa słowo o Ferrari Luce. To pięciodrzwiowy, pięcioosobowy samochód o mocy pozwalającej rozpędzić się do 310 km/h i cenie przekraczającej 500 tys. euro. Zdaniem purystów jest najbardziej radykalnym odejściem od tradycji marki od dekad. Reuters przypomina, że to pierwszy w pełni elektryczny model włoskiej marki, a jednocześnie pierwszy samochód rodzinny w historii producenta. Projekt powstał przy współpracy z Jonym Ive’em i jego studiem LoveFrom, co miało nadać mu futurystyczny, „świetlisty” charakter, zgodny z nazwą Luce. I dało!

Bo reakcje były jednak dalekie od jednomyślności. Włoski wicepremier Matteo Salvini napisał na platformie X, że auto „nie wygląda jak Ferrari”, a internauci wahali się między określeniami w rodzaju „złom godny wyrzucenia na śmietnik” – jak cytuje BBC News Mundo – a „absolutnie mistrzowską lekcją designu”. Jeszcze ostrzej wypowiedział się były wieloletni szef Ferrari, Luca Cordero di Montezemolo, który w rozmowie z Reutersem stwierdził, że „mamy do czynienia z ryzykiem zniszczenia mitu” i zasugerował, by „zdjąć z tego auta konia”.

Inwestorzy nie czekali z oceną i wyceną

Giełda zareagowała równie emocjonalnie. Jak podaje Reuters, akcje Ferrari w Mediolanie spadły o ponad 8 proc., a w Nowym Jorku o ponad 5 proc. Polsat News przypomina, że to kolejny etap osłabienia notowań – w ciągu ostatniego roku kurs Ferrari obniżył się o ponad 30 proc., co analitycy wiążą z pogarszającą się kondycją rynku dóbr luksusowych oraz słabnącym popytem na prestiżowe produkty.

Fabio Caldato z AcomeA SGR powiedział mediom, że reakcja rynku to połączenie „estetycznego rozczarowania” i obaw o rozszerzenie gamy Ferrari o modele elektryczne. To szczególnie istotne w momencie, gdy część konkurentów (jak przypomina BBC) ogranicza swoje plany dotyczące EV z powodu słabnącego popytu i rosnącej presji ze strony marek chińskich.

W opinii eksperckiej…

Ferrari Luce to jeden z tych samochodów, obok których trudno przejść obojętnie, nawet jeśli pierwszą reakcją nie jest zachwyt,  a konsternacja. W obecnej formie faktycznie bardziej przypomina futurystyczny koncept z Doliny Krzemowej niż klasyczne Gran Turismo z Maranello – to brzmi jak prowokacja. I trochę nią jest. Widać jednak, że Włosi świadomie próbują otworzyć nowy rozdział: nie dla dotychczasowych klientów marki, ale dla ludzi wychowanych na Tesli, Apple’u i cyfrowym luksusie. Luce nie próbuje kopiować dawnych Ferrari, ono chce zdefiniować, czym Ferrari może być za dekadę.

Największe wrażenie robi jednak wnętrze, bo właśnie tam ten projekt nabiera sensu. Kabina łączy atmosferę włoskiego rzemiosła z minimalistyczną logiką produktów Apple’a i robi to zaskakująco naturalnie. Są tu emocje, których często brakuje autom elektrycznym, czyli rytuał uruchamiania, fizyczne przełączniki, świetne materiały i detale, które budują relację z kierowcą. Luce może szokować stylistyką i odejściem od tradycji, ale po bliższym poznaniu widać, że Ferrari nie stworzyło zwykłego „elektryka”.

Różnice w technikaliach i filozofii projektu

Oczywiście styl i szyk to nie wszystko. Porównanie Ferrari Luce i np. Tesli pokazuje, jak bardzo różnią się dziś filozofie budowy samochodów elektrycznych. Na papierze włoski supersamochód wygląda efektownie –  1050 KM, cztery silniki i ładowanie z mocą 350 kW robią wrażenie, ale przy zestawieniu z Teslą widać, że osiągi nie są już domeną wyłącznie marek premium. Model Plaid oferuje praktycznie identyczną moc, lepsze przyspieszenie i wyraźnie większy zasięg, mimo mniejszego akumulatora trakcyjnego.

Ferrari Luce - zachwyt, potępienie i giełdowy krach -

Najciekawiej wypada jednak kwestia aerodynamiki. Przywołana Tesla może pochwalić się współczynnikiem oporu powietrza Cx na poziomie 0,208, podczas gdy Ferrari osiąga 0,254. W świecie aut elektrycznych to ogromna różnica, bo właśnie aerodynamika ma kluczowy wpływ na zużycie energii przy wyższych prędkościach. Efekt jest taki, że Ferrari potrzebuje aż 122 kWh baterii, by przejechać około 450 km, podczas gdy Tesla z pakietem około 100 kWh oferuje nawet 650 km zasięgu (wg EPA). To pokazuje, że Luce zostało zaprojektowane bardziej jako luksusowy manifest marki i emocji niż technologiczny rekordzista efektywności.

W opinii eksperckiej…

Ferrari Luce to jeden z tych samochodów, obok których trudno przejść obojętnie, nawet jeśli pierwszą reakcją nie jest zachwyt,  a konsternacja. W obecnej formie faktycznie bardziej przypomina futurystyczny koncept z Doliny Krzemowej niż klasyczne Gran Turismo z Maranello – to brzmi jak prowokacja. I trochę nią jest. Widać jednak, że Włosi świadomie próbują otworzyć nowy rozdział: nie dla dotychczasowych klientów marki, ale dla ludzi wychowanych na Tesli, Apple’u i cyfrowym luksusie. Luce nie próbuje kopiować dawnych Ferrari, ono chce zdefiniować, czym Ferrari może być za dekadę.

Największe wrażenie robi jednak wnętrze, bo właśnie tam ten projekt nabiera sensu. Kabina łączy atmosferę włoskiego rzemiosła z minimalistyczną logiką produktów Apple’a i robi to zaskakująco naturalnie. Są tu emocje, których często brakuje autom elektrycznym, czyli rytuał uruchamiania, fizyczne przełączniki, świetne materiały i detale, które budują relację z kierowcą. Luce może szokować stylistyką i odejściem od tradycji, ale po bliższym poznaniu widać, że Ferrari nie stworzyło zwykłego „elektryka”.

Różnice w technikaliach i filozofii projektu

Oczywiście styl i szyk to nie wszystko. Porównanie Ferrari Luce i np. Tesli pokazuje, jak bardzo różnią się dziś filozofie budowy samochodów elektrycznych. Na papierze włoski supersamochód wygląda efektownie –  1050 KM, cztery silniki i ładowanie z mocą 350 kW robią wrażenie, ale przy zestawieniu z Teslą widać, że osiągi nie są już domeną wyłącznie marek premium. Model Plaid oferuje praktycznie identyczną moc, lepsze przyspieszenie i wyraźnie większy zasięg, mimo mniejszego akumulatora trakcyjnego.

Najciekawiej wypada jednak kwestia aerodynamiki. Przywołana Tesla może pochwalić się współczynnikiem oporu powietrza Cx na poziomie 0,208, podczas gdy Ferrari osiąga 0,254. W świecie aut elektrycznych to ogromna różnica, bo właśnie aerodynamika ma kluczowy wpływ na zużycie energii przy wyższych prędkościach. Efekt jest taki, że Ferrari potrzebuje aż 122 kWh baterii, by przejechać około 450 km, podczas gdy Tesla z pakietem około 100 kWh oferuje nawet 650 km zasięgu (wg EPA). To pokazuje, że Luce zostało zaprojektowane bardziej jako luksusowy manifest marki i emocji niż technologiczny rekordzista efektywności.

Oskar Włostowski

REKLAMA