Home Rynek Używany „elektryk”? Czemu nie!

Analiza Auto Świat

Używany „elektryk”? Czemu nie!

Analiza Auto Świat

Używany „elektryk”? Czemu nie!

Współczesne elektryki są technologicznie bardzo zaawansowane
Fot. Pixabay
Przeczytasz w 5 min
Przeczytasz w 5 min

Użytkownicy samochodów z napędem elektrycznym mogą liczyć na szereg ulg. Począwszy od możliwości jazdy po buspasach, poprzez darmowe parkowanie w strefach płatnego postoju, a na tanim tankowaniu z domowych instalacji fotowoltaicznych skończywszy. Do tego dochodzi aspekt ekologiczny. Barierą najczęściej jest jednak cena. Może więc warto rozejrzeć się za używanym autem elektrycznym. Pakiet przywilejów zostaje (dopłat jednak nie będzie) a cena, którą zapłacimy będzie znacznie niższa.

Decydując się na taki wariant warto pamiętać, że rynek używanych samochodów elektrycznych jest niezwykle zróżnicowany. Od niemal nowych elektryków wciąż kosztujących znacznie więcej od porównywalnych aut z silnikami spalinowymi aż po oferty wyglądające na pierwszy rzut oka na wyjątkowe okazje. Tu zazwyczaj kryje się jednak jakiś haczyk. Dziennikarze Auto Świat zwrócili uwagę na szereg aspektów na które powinny zwrócić uwagę osoby przymierzające się do zakupu używanego auta elektrycznego.

Szybki postęp technologiczny

W ciągu ostatnich kilku lat postęp w dziedzinie aut elektrycznych był znacznie większy niż w przypadku samochodów z napędem spalinowym. To mniej więcej tak jak w przypadku smartfonu. Telefony zmieniają się z roku na rok, niemal zawsze oferując nowe funkcje i dużo lepsze parametry w tym pojemność baterii.

O ile „benzyniak” lub diesel sprzed kilku czy kilkunastu lat nie różnią się aż tak bardzo pod względem wartości użytkowej od aut, które teraz można kupić w salonie, o tyle „elektryka” w tym wymiarze czasowym dzieli prawdziwa przepaść. Model, który wydaje się prawdziwą okazją, bo np. 7-8 lat temu kosztował niemal 200 000 zł, a teraz jest sprzedawany za ok. 10% tej kwoty to raczej nie okazja, lecz bardzo ryzykowana inwestycja. Najprawdopodobniej bowiem chodzi o auto z realnym zasięgiem (przy sprawnych akumulatorach, co nie jest takie oczywiste) wynoszącym ok. 100 km, i to przy spokojnej jeździe, bez włączonej klimatyzacji lub ogrzewania. Do tego niski komfort jazdy, marne wyposażenie i wykończenie, które miało przede wszystkim pomóc w redukcji masy. Ponadto dekadę temu wielu producentów po prostu testowało nowe rozwiązania. Dziś mogą być to już więc „innowacje”, które nie mają nic wspólnego z nowoczesnym, ekologicznym autem elektrycznym.

Idealny na miasto

Warto więc przemyśleć, do czego i czy na pewno potrzebny nam elektryk. Najlepiej pewnie sprawdziłby się do codziennej jazdy po mieście. Tu nie ma potrzeby dużego zasięgu, oszczędzamy czas jeżdżąc po buspasach i pieniądze w strefie płatnego parkowania. I to niemałe. Ośmiogodzinny postój, to kwota kilkudziesięciu złotych. Stosunkowo małe odległości i rozwinięta w miarę (szczególnie w miastach) infrastruktura ładowania nie generują też stresu związanego z zasięgiem. Na pewno o stresie mogą zapomnieć mieszkańcy domów jednorodzinnych, którzy mają stały dostęp do gniazdka, a często też do prądu trójfazowego.

Przywilej tylko dla pełnych elektryków

Jeśli już kupimy takie auta musimy mieć świadomość kilku kwestii. Warto przypomnieć, że  nie każdemu autu elektrycznemu należy się zielona tablica uprawniająca do korzystania z buspasów, bezpłatnego parkowania w miejskich strefach płatnego parkowania czy do wjazdu do stref czystego transportu (w Polsce ma takowa ruszyć w Krakowie). Zgodnie z obowiązującymi przepisami (Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych) pojazd elektryczny to pojazd samochodowy wykorzystujący do napędu wyłącznie energię elektryczną akumulowaną przez podłączenie do zewnętrznego źródła zasilania, czyli BEV. Hybrydy typu plug-in (PHEV) oraz  wyposażone w tzw. range extender (fabrycznie zamontowany agregat spalinowy, doładowujący w sytuacjach awaryjnych akumulator trakcyjny auta na wspomniane przywileje nie mogą liczyć.

Z akumulatorem lub bez

Najważniejszym i najdroższym elementem „elektryka” są najczęściej akumulatory. Na rynku nie brakuje ofert sprzedaży elektryków bez baterii (ale i samych baterii, np. z auta powypadkowego, choć to dużo rzadsze przypadki). Przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być różne np. firma Renault przez wiele lat sprzedawała auta elektryczne (model ZOE), ale zasilające je akumulatory nie stanowiły własności posiadacza pojazdu (były przez niego wynajmowane i po zakończeniu umowy wracały do producenta)! Do Polski trafiają też auta, z których baterię wymontowano ze względu na jej awarię, uszkodzenie na skutek kolizji lub zużycie, albo z których akumulatory ktoś ukradł. Takie oferty to najczęściej jednak konieczność znalezienie używanego, ale sprawnego akumulatora w rozsądnej cenie. To może okazać się naprawdę trudne, a zakup nowej baterii w ASO albo okazuje się często niemożliwy, albo jej cena to nawet ok. połowy wartości nowego auta elektrycznego.

Jeśli już ktoś szuka okazji, to większe szanse na to, żeby przygoda z autem elektrycznym nie skończyła się finansową katastrofą, daje zakup egzemplarza z baterią w marnym stanie – którą często da się reanimować – niż bez jakiejkolwiek baterii. Ewentualnie najpierw poszukać baterii, a dopiero potem znaleźć taniego dopasowanego do niej elektryka bez akumulatora.

Należ przy tym mieć świadomość, że, częste ładowanie w szybkich ładowarkach: jeśli ktoś codziennie korzysta z takiego urządzenia, powoduje, że po  2-3 latach akumulator auta elektrycznego może być już poważnie wyeksploatowany. Oczywiście trudno to sprawdzić kupując auto używane. Tu możemy opierać się tylko na słowie właściciela.

Realny zasięg auta elektrycznego

Pierwszą informacją pozwalającą wyciągnąć wnioski o kondycji akumulatora jest w większości „elektryków” wskazanie zasięgu po naładowaniu do pełna. Należy jednak podczas jazdy próbnej upewnić się, czy po przejechaniu kilku kilometrów zasięg i stopień naładowania nie zmniejszyły się szybciej, niż to wynikało z pierwotnego wskazania. Chodzi o przypadek kiedy nasz potencjalnie nowy samochód po naładowaniu pokazuje 170 km zasięgu. Może okazać się, ze już po przejechaniu 15 kilometrów (bez wykorzystywania pełnych możliwości auta) z akumulatora znika 1/3 prądu. W takim przypadku należy się liczyć że zasięg jest sporo mniejszy od tego teoretycznego.

W sporej ilości modeli można wywołać te dane z komputera pokładowego. Czasami na zestawie wskaźników wyświetla się informacja o stanie akumulatora. Należy jednak mieć świadomość, że wprawni oszuści wiedzą, jak zrobić, żeby nawet słaby akumulator “przedstawiał się” jako całkiem sprawny. Dlatego biorąc pod uwagę koszt ewentualnej naprawy lub wymiany przed decyzją o zakupie auta elektrycznego należy nie tylko wykonać dłuższą jazdę próbną. Warto też odwiedzić specjalistyczny serwis, który wykona diagnostykę elektroniczną akumulatora.

Bateria newralgicznym elementem

Dobrą informacją jest fakt, że akumulatory składają się z wielu modułów i najczęściej jest tak, że znaczne spadki zasięgu wynikają z awarii jednego albo kilku z nich. Fachowcy (ale raczej poza ASO) potrafią zdiagnozować i wymienić tylko te uszkodzone ogniwa lub pakiety ogniw, które tego wymagają. Wtedy czeka nas wydatek rzędu kilku, a nie kilkudziesięciu czy ponad stu tysięcy, jak w przypadku wymiany całego akumulatora.

Trwałość akumulatorów zależy w dużej mierze od sposobu eksploatacji pojazdu. Zdarzają się elektryki, w których po 200-300 tys. km i kilku latach jazdy, akumulator traci 4-6% pierwotnej pojemności, i takie, w których po takim okresie bateria nie pozwala już na normalną jazdę. Producenci najczęściej udzielają gwarancji na akumulatory na 8 lat i 160 tys. km. Do uzyskania takiego przebiegu i wieku bateria powinna zachować co najmniej 70% początkowej wydajności.

Naprawa wymaga wiedzy

Uwaga. Taką gwarancję łatwo można stracić, jeśli np. samochód będzie naprawiany lub modyfikowany w sposób niezgodny z wymaganiami producenta. Dlatego przed zakupem należy bardzo dokładnie sprawdzić historię serwisową, a w przypadku aut mających jakąkolwiek historię wypadkową upewnić się, że naprawy wykonano zgodnie z zasadami obowiązującymi dla danego modelu. Tutaj sprawa wygląda więc podobnie jak w przypadku używanych aut z napędem spalinowym (spora część elektryków to auta powypadkowe). Jest jednak jedno ale. Wciąż wielu blacharzy lub mechaników podejmujących się napraw przedsprzedażowych takich samochodów nie do końca rozumie specyfikę zastosowanych w nich rozwiązań. Niedbale „połapane” przewody, uszkodzone obudowy modułów elektrycznych i elektronicznych, zdemontowane osłony to pierwszy krok do olejnej awarii, a w ekstremalnych przepadkach nawet pożaru.

Ładowanie i ogumienie ważne

Ponadto ten sam model auta, w zależności od wersji i np. od rynku, na który został wyprodukowany, może się różnić m.in. tym, z jakich ładowarek da się auto naładować (prąd zmienny AC lub stały DC) i jak szybko będzie przebiegał ten proces. Dlatego przed zakupem podczas oględzin auta nie tylko warto sprawdzić, czy auto ładuje się z sieci 230 V lub z gniazda trójfazowego (musi być odpowiedni przewód). Wskazane jest aby podjechać do stacji ładowania i upewnić się, że samochód poprawnie z nią współpracuje.

Podobnie rzecz się ma z oponami, w przypadku których wiele modeli aut elektrycznych fabrycznie wyposażono w opony o nietypowych rozmiarach, przeznaczone specjalnie do aut elektrycznych. Wybór modeli i dostępność ogumienia są z reguły znacznie skromniejsze niż do zwykłych aut, a ich ceny okazują się wyraźnie wyższe.

Większość aut elektrycznych ma bardzo dobrze działające układy rekuperacji, czyli odzyskiwania energii podczas hamowania. Chodzi o to, że najczęściej podczas normalnej jazdy hamulce wykorzystywane są wyłącznie do dohamowywania auta. Natomiast do delikatnego hamowania używany jest układ napędowy. To duża zaleta, bo tarcze i klocki hamulcowe wytrzymują długie lata i astronomiczne przebiegi.

Reasumując, decydując się na zakup używanego elektrycznego auta, podobnie jak w przypadku zakupu „używki” z konwencjonalnym silnikiem trzeba zachować maksimum czujności, dając wiarę nie tyle słowom, co badaniom, które zapewnienia sprzedającego są w stanie szybko zweryfikować. Tak zwane „okazje” mogą okazać się przysłowiową skarbonką bez dna. Przyjemność jazdy „elektrykiem”, która niewątpliwie przyjemnością jest, będzie wówczas mocno ograniczona.

Źródło: Auto Świat, własne

Narzędzia
i kalkulatory