Lamborghini

Legenda kasuje projekt elektrycznego modelu: „EV to drogie hobby”

Czy Lamborghini naprawdę „ucieka” od elektryków, czy tylko kupuje czas? Jak na razie wygląda na to, że druga odpowiedź jest prawdziwa
Źródło zdjęcia: Lamborghini

Lamborghini wycofuje się z planów swojego pierwszego w pełni elektrycznego modelu i otwarcie przyznaje, że w segmencie supersamochodów popyt na auta bez silnika spalinowego jest dziś „bliski zeru”. Zamiast elektrycznego Lanzadora i Urusa na prąd marka z Sant’Agata Bolognese stawia na hybrydy plug-in, uznając pełne EV za zbyt ryzykowną inwestycję. Tymczasem konkurenci – od Rolls-Royce’a po Ferrari – przyspieszają z własnymi projektami elektrycznymi, co tylko zaostrza debatę o przyszłości najbardziej emocjonujących marek motoryzacji.

W skrócie:

  • Lamborghini wycofuje się z planów swojego pierwszego w pełni elektrycznego modelu
  • Powód? W segmencie super samochodów popyt na auta bez silnika spalinowego jest dziś „bliski zeru” – twierdzi włoski producent
  • Klienci marek takich, jak Lamborghini kupują emocje, brzmienie i tożsamość – podkreśla firma
  • „cisza” napędu elektrycznego nie jest zaletą dla bogatych klientów
  • Nie wszyscy producenci super aut podzielają taką opinię czego dowodem są takie marki jak Ferrari, Porsche czy Maserati

Legenda kasuje projekt

Jeszcze niedawno Lamborghini próbowało przekonać świat, że da się zbudować auto tej marki, które nie będzie tankowane benzyną. Gdy w 2023 r. pokazano koncepcyjnego Lanzadora, miał być zapowiedzią pierwszego seryjnego elektrycznego Lamborghini – z planem na debiut pod koniec dekady.

Potem zaczęły się korekty: przesuwanie harmonogramu i coraz bardziej ostrożne komunikaty o niskim popycie na elektryki w segmencie ultra luksusowym. Argumenty brzmią następująco: klienci marek takich, jak Lamborghini kupują emocje, brzmienie i tożsamość, a nie tylko parametry. Dla wielu z nich „cisza” napędu elektrycznego nie jest zaletą, tylko utratą połowy uroku kosztownego produktu.

Szef marki potwierdza

W wywiadzie dla The Sunday Times szef Lamborghini Stephan Winkelmann miał mówić, że zainteresowanie elektrycznym modelem wśród docelowych klientów jest „bliskie zeru”, a inwestowanie w pełne EV przy takiej gotowości rynku to „drogie hobby” – kosztowne i słabo uzasadnione biznesowo. W praktyce oznacza to, że projekt Lanzador – w wersji czysto elektrycznej – ma zostać zastąpiony rozwiązaniem kompromisowym: odmianą plug-in hybrid, z planowanym debiutem przed końcem dekady.

Legenda kasuje projekt elektrycznego modelu: „EV to drogie hobby” - Legenda kasuje projekt 1
Fot. Lamborghini

To samo podejście ma dotyczyć Urusa: elektryczny Urus, o którym od czasu do czasu spekulowano, według tych doniesień również nie jest dziś „pewniakiem” sprzedażowym, więc marka woli trzymać się hybrydy plug-in zamiast ryzykować pełnego elektryka w swoim najważniejszym wolumenowo modelu.

Przypomnijmy, jaka sprawa mogła studzić zapał włoskich menadżerów: Porsche zastąpiło na wielu rynkach spalinowego Macana – czyli sprzedażowy numer jeden – elektrycznym, ale z powodu spadających zysków marki, w planach jest powrót benzynowego SUV-a tej klasy.

Luksus na rozdrożu

Ta decyzja dobrze pokazuje rozkrok, w którym żyją dziś producenci aut luksusowych i sportowych. Z jednej strony regulacje i polityka klimatyczna w Europie popychają w stronę elektryfikacji, z drugiej – popyt w segmencie aut za ogromne pieniądze nie zawsze za tym nadąża. Lamborghini próbuje więc kupić sobie czas: hybrydy plug-in mają dać marce oddech w kwestii regulacji i norm i jednocześnie nie odcinać jej od tego, co klienci kochają od lat – charakteru i dźwięku napędu spalinowego.

Konkurencja własną drogą

Tyle że nawet jeśli Lamborghini hamuje, reszta rynku superpremium nie stoi w miejscu. Rolls-Royce już ma Spectre, a popyt na elektryczne coupe okazał się na tyle duży, że testowany jest już drugi, elektryczny model – tym razem SUV.

Pamiętajmy jednak, że Rolls sprzedaje przede wszystkim komfort, ciszę i wrażenie izolacji od świata, więc elektryfikacja i „elektryczna cisza” pasują tu naturalnie.

Z kolei Ferrari Luce ma oferować wrażenia godne marki, ma też specyficzny kokpit (wiemy już, jak wygląda – ale nadwozia jeszcze nie poznaliśmy), łączący styl retro i klimat lat 60-70. z… funkcjonalnością projektowaną przez designera pierwszego iPhone’a. Ten samochód ma nie udawać odgłosów V8 czy V12, a oferować wyjątkowe, elektryczne wrażenia.

Elektryczną gamę oferuje Maserati: to SUV Grecale Folgore i auto sportowe Granturismo Folgore. Gdyby Lamborghini zdecydowało się na wprowadzenie aut EV, to byliby zapewne najgroźniejsi rywale. Co nie zmienia faktu, że sprzedażowymi hitami nie są.

Bentley z kolei w ostatnich latach kilkukrotnie korygował harmonogram: marka mówi o przejściu na elektryki, ale pierwsze w pełni elektryczne premiery są przesuwane (teraz mówi się o 2027 r.). To w praktyce podobna strategia jak u Lamborghini.

Warto zauważyć też relatywnie młodą, chorwacką firmę Rimac, która… kupiła Bugatti. Rimac oferuje modele EV, zaś Bugatti sprzedaje modele z silnikami benzynowymi.

Czego pragną klienci?

Klienci na najdroższe auta niekoniecznie interesują się cyferkami w rubryce „moc”. Gdyby tak było, hitem byłby chiński BYD Yangwang U9, oferujący ok. 3000 KM i mogący rozpędzać się niemal do 500 km/h. To godny podziwu pokaz możliwości marki, ale realnie, w tym segmencie znaczenie mają także prestiż, historia i dźwięk.

Argumenty racjonalne (koszty, przywileje, emisja CO2) tracą na znaczeniu, a na pewnym poziomie również walka o skrócenie czasu przyspieszania od 0 do 100 czy 200 km/h nie liczy się tak mocno. Stąd napęd elektryczny nie jest obecnie technologią pierwszego wyboru dla klientów szukających aut za grubo ponad milion złotych.

Czy to się zmieni? Niewykluczone, że takie marki, jak Ferrari, Lamborghini, Aston Martin czy Maserati, będą bardzo długo oferować modele spalinowe z jednostkami V8 – nawet po 2035 roku, np. na e-paliwa (bo ich klientów będzie stać na taki rodzaj zasilania). Jednocześnie, ich nieco tańsze i bardziej „wolumenowe” auta, jak SUV-y, zapewne będą musiały stać się elektryczne.

Kupowanie czasu

Czy Lamborghini naprawdę „ucieka” od elektryków, czy tylko kupuje czas? Jak na razie wygląda na to, że druga odpowiedź jest prawdziwa. Obecnie zadanie jest następujące: utrzymać popyt, spełniać regulacje tyle, ile trzeba, i nie wchodzić w projekt, który może skończyć się kosztownym falstartem. Co nie znaczy, że takiego modelu w końcu nie zobaczymy.

Piotr Sobczyk

REKLAMA