W skrócie:
- Niemiecki producent wzywa do serwisów ok. 95 tys. aut
- Powód? Problemy z bateriami
- Jak wskazuje niemiecki KBA mogą one nie spełniać założonych specyfikacji
- W praktyce oznacza to potencjalny spadek zasięgu, pojawienie się ostrzeżeń na desce rozdzielczej, a w najgorszym scenariuszu także ryzyko pożaru
- Mowa o modelach ID.3, ID.4, ID.5 oraz ID. Buzz oraz Cupra Born
Volkswagen na celowniku KBA
Niedawno wydawało się, że największe wyzwania branży motoryzacyjnej to tempo elektryfikacji i rosnąca konkurencja ze strony Chin. Tymczasem rzeczywistość przypomina nam, że fundamentem wciąż pozostaje… jakość. I to ona właśnie stała się powodem najnowszej globalnej akcji serwisowej koncernu Volkswagena.
Jak wynika z danych niemieckiego urzędu transportu drogowego KBA, do serwisów trafi łącznie ponad 94 tysiące samochodów elektrycznych opartych na platformie MEB. Mowa o modelach Volkswagen ID.3, ID.4, ID.5 oraz ID. Buzz (wraz z wersją Cargo), a także o Cuprze Born. Problem dotyczy dokładnie 74 579 aut marki Volkswagen i 19 452 egzemplarzy Cupry – informują branżowe media, w tym kfz-betrieb.vogel.de.

Ryzyko pożaru w najgorszym scenariuszu
Źródłem kłopotów są moduły baterii wysokonapięciowych, które – jak wskazuje niemiecki urząd – mogą nie spełniać założonych specyfikacji. W praktyce oznacza to potencjalny spadek zasięgu, pojawienie się ostrzeżeń na desce rozdzielczej, a w najgorszym scenariuszu także ryzyko pożaru. Co istotne, KBA podkreśla, że do tej pory nie odnotowano przypadków szkód materialnych ani obrażeń. To sugeruje, że problem wykryto na etapie wewnętrznych kontroli, zanim doszło do incydentów u klientów. Na szczęście.
Których e-aut dotyczy problem?
Akcja obejmuje samochody wyprodukowane między lutym 2022 a sierpniem 2024 roku. Najwięcej z nich powstało w zakładzie w Zwickau, który jest jednym z filarów elektrycznej transformacji Volkswagena. Z kolei elektryczne vany ID. Buzz zjeżdżały z linii produkcyjnych w Hanowerze – przyp. red. Na rynku niemieckim problem dotyczy ponad 28 tysięcy pojazdów.

Procedura naprawcza zakłada aktualizację oprogramowania oraz szczegółową kontrolę modułów baterii. W razie wykrycia odchyleń od normy, wadliwe elementy będą wymieniane. I tu pojawia się pierwszy znak zapytania, bo KBA nie precyzuje, na czym dokładnie polega niezgodność. To pozostawia szerokie pole interpretacji, tj. od problemów z jakością ogniw dostarczanych przez zewnętrznych partnerów, po błędy w procesie montażu.

Nie mniej zastanawiające są rozbieżności w zakresie objętych roczników. Cupra Born produkowana na tej samej linii co ID.3 ma znacznie szerszy zakres aut objętych akcją niż jej bliźniaczy technicznie odpowiednik Volkswagena. Podobnie zaskakuje brak modeli Audi Q4 e-tron na liście, choć powstają one równolegle z ID.4 i ID.5. Oficjalnych wyjaśnień w tej sprawie brak.

Inni też mają ten sam „bateryjny” kłopot
Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda poważnie, ale w szerszym kontekście trudno mówić o wyjątku. Wręcz przeciwnie, to raczej kolejny przykład trendu, który w ostatnich miesiącach przybiera na sile.
Niedawno branżowe media informowały o globalnej akcji BMW, która może objąć nawet ponad pół miliona samochodów z powodu wadliwego przekaźnika rozrusznika. Jak podawały m.in. Deutsche Welle i PAP, w skrajnych przypadkach usterka mogła prowadzić do pożaru pojazdu.
Równolegle Volvo zdecydowało się wezwać do serwisów ponad 40 tysięcy elektrycznych SUV-ów EX30 z powodu ryzyka przegrzewania baterii – pisaliśmy o tym w ubiegłym miesięcu na elektromobilni.pl, powołując się m.in. na Reutersa. Problemy nie omijają także amerykańskich i azjatyckich producentów. General Motors, Mercedes-Benz czy BYD również ogłaszały w ostatnim czasie szeroko zakrojone akcje naprawcze.

To wszystko składa się na szerszy obraz branży w trakcie technologicznej rewolucji. Elektryfikacja oznacza nie tylko nowe możliwości, ale też nowe ryzyka, zwłaszcza w obszarze baterii i oprogramowania. Łańcuchy dostaw są bardziej złożone niż kiedykolwiek wcześniej, a presja czasu i kosztów rośnie.
Wnioski
Z perspektywy kierowcy najważniejsze jest jednak coś innego, a mianowicie to, że system działa, bo wyłapuje błędy. Producenci, oczywiście pod presją regulatorów czy opinii publicznej identyfikują problemy i reagują, zanim dojdzie do poważniejszych konsekwencji. Paradoksalnie więc, choć nagłówki o akcjach przywoławczych mogą budzić niepokój, są też dowodem na to, że mechanizmy kontroli jakości wciąż spełniają swoją rolę.
Nie ma co ukrywać, że dla Volkswagena to kolejny test wizerunkowy oraz wiarygodności w kluczowym momencie transformacji, ponieważ platforma MEB miała być symbolem nowej ery, a dziś niestety przypomina, że nawet najbardziej zaawansowana technologia nie jest wolna od błędów.
Oskar Włostowski






