Nowe przepisy weszły w życie 29 stycznia 2026 roku wraz z nowelizacją Kodeksu wykroczeń, która miała zaostrzyć odpowiedzialność tzw. piratów drogowych. Wśród nowych czynów zabronionych znalazło się m.in. celowe wprowadzanie pojazdu mechanicznego w poślizg lub doprowadzanie do utraty styczności kół z nawierzchnią na drodze publicznej, w strefie ruchu lub w strefie zamieszkania. Przepis trafił do kodeksu jako art. 86c i w założeniu miał uderzyć w kierowców „kręcących bączki” na rondach, parkingach i ulicach miast.
Problem polega na tym, że samo wpisanie nowego wykroczenia do kodeksu to za mało, by system kar działał w pełni. Aby policja mogła nakładać punkty karne, konieczne jest jeszcze odpowiednie rozporządzenie wykonawcze, określające liczbę punktów przypisaną do konkretnego czynu. I tutaj pojawia się problem.
Tylko mandat, ale bez punktów
Jak opisuje brd24.pl, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji nie zdążyło na czas znowelizować rozporządzenia w sprawie ewidencji kierujących pojazdami naruszających przepisy ruchu drogowego. Choć prace nad zmianami w prawie trwały od wielu miesięcy i było jasne, że drift zostanie objęty nowymi sankcjami, projekt rozporządzenia pojawił się dopiero 21 stycznia, czyli na kilka dni przed wejściem w życie nowelizacji kodeksu. Do dziś dokument pozostaje na etapie uzgodnień międzyresortowych.
W projekcie tym przewidziano, że za drift policja będzie mogła nakładać 15 punktów karnych, co w praktyce oznaczałoby bardzo dotkliwą sankcję, zbliżającą kierowcę do utraty prawa jazdy (można mieć maksymalnie 24 punkty). Dopóki jednak rozporządzenie nie zostanie przyjęte i nie wejdzie w życie, policjanci są związani obowiązującym stanem prawnym. A ten jest jednoznaczny: nie ma podstawy prawnej do wpisania punktów karnych za to wykroczenie.

Efekt tej luki legislacyjnej jest łatwy do przewidzenia. Kierowca przyłapany dziś na celowym wprowadzaniu auta w poślizg może zostać ukarany wyłącznie grzywną w wysokości 1500 zł. Punktów karnych nie dostanie, niezależnie od tego, jak widowiskowe lub niebezpieczne było jego zachowanie. Oczywiście, mandat jest spory: ale gdy nie towarzyszą mu punkty karne, można podejrzewać, że zamożni kierowcy bedą po prostu driftować i płacić, nie przejmując się niczym.
Problem nie tylko w teorii
Teoretyczny problem bardzo szybko znalazł praktyczne potwierdzenie. Jak relacjonuje brd24, 5 lutego w Chojnicach policjanci zatrzymali 21-letniego kierowcę BMW, który driftował na ulicy Bytowskiej i poruszał się po jezdni slalomem. Funkcjonariusze zakwalifikowali jego zachowanie dokładnie tak, jak przewiduje nowy art. 86c Kodeksu wykroczeń. Nałożyli mandat w wysokości 1500 zł, ale nie mogli przypisać ani jednego punktu karnego, ponieważ nie mają do tego podstawy prawnej.
Wygląda więc na to, że państwo wprowadziło nowe wykroczenie, publicznie komunikując zaostrzenie kursu wobec niebezpiecznych zachowań na drodze, ale nie przygotowało na czas wszystkich aktów wykonawczych. Sankcja, która miała być dotkliwa i odstraszająca, została tymczasowo ograniczona wyłącznie do kary finansowej.
Do momentu wejścia w życie nowego rozporządzenia MSWiA kierowcy dopuszczający się driftu muszą liczyć się z mandatem, ale nie z konsekwencjami punktowymi. Dopiero formalne zakończenie procesu legislacyjnego sprawi, że nowe wykroczenie zacznie funkcjonować tak, jak pierwotnie zapowiadano. Tak czy inaczej, drift na drodze publicznej to z całą pewnością zły pomysł, a konsekwencje mogą być nie tylko prawne, ale i znacznie poważniejsze.
Piotr Sobczyk
