EPL: Zrealizowałeś niesamowity projekt objechania z rodziną całej Europy samochodem elektrycznym. 30 państw w 30 dni. Jak wrażenia?
Mateusz Maćkowski: Było cudownie. Od początku wierzyłem w powodzenie wyprawy. Zobaczyć, odwiedzić trzydzieści różnych krajów w 30 dni… nocować codziennie w innym państwie… poznawać ludzi… rozmawiać… smakować… Po prostu jechać przed siebie. To najlepszy pomysł na wakacje. Na pytanie, gdzie spędziliśmy wakacje, moje dzieci odpowiadają: „wszędzie”.

No ale to elektryk. Piszą, że się nie da.
A to nie wiedziałem. Gdybym wiedział, że się nie da, to bym nie pojechał… Jak mawiał Einstein: „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, i przychodzi taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to właśnie robi”.
Ale teraz serio. Kiedy po raz pierwszy wpadłeś na ten pomysł, pomyślałeś: „To będzie genialna przygoda” czy raczej: „Co mnie podkusiło, żeby rzucić wyzwanie infrastrukturze całego kontynentu”? Jakie były nastroje w domu, kiedy ogłosiłeś rodzinie, że spędzą miesiąc w pędzącym tempie „jeden kraj dziennie”?
Rodzina zaakceptowała mój plan. Pomysł wynikał ze zdenerwowania rynsztokowym poziomem przedstawiania podróży autem elektrycznym w mediach społecznościowych. Na grupach facebookowych oraz profilach samozwańczych elektrocelebrytów co chwilę pojawiają się relacje z nudnych przejazdów na Mazury czy w Tatry. Te kilkugodzinne trasy przedstawiane są jako mrożące krew w żyłach ekspedycje lub logistyczne porażki. Jeszcze gorszą żenadę fundują nam trzecioligowi dziennikarze pokazujący, jak nie radzą sobie w dziecinnie prostej podróży do Niemiec…
Ja, jeżdżąc elektrykiem od kilkunastu lat, zdaję sobie sprawę z tego, że ta sensacyjna narracja to fejk, ale ktoś elektromobilnie nieuświadomiony mógłby w to uwierzyć. To mnie boli, ponieważ podróżowanie elektrykiem jest nie tylko fajniejsze niż spaliniakiem, ale także prostsze, tańsze i zazwyczaj szybsze. Nie było więc innych nastrojów niż pełna akceptacja, głód przygody i chęć weryfikacji internetowych mitów.
Przygotowania do takiego wyzwania to pewnie kilka miesięcy skreślania rzeczy z list i dopinania wszystkiego na ostatni guzik. Co z perspektywy czasu okazało się kluczowe, a co z planu logistycznego wylądowało w koszu w pierwszym tygodniu?
Szczerze mówiąc – olałem przygotowania. To znaczy początkowo chciałem wszystko poukładać, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego. Pojechaliśmy więc na spontanie.
Solidnie przyłożyliśmy się tylko do rozpoznania kwestii opłat drogowych w poszczególnych krajach oraz do analizy kalendarza, by wybrać optymalny dzień na start – tak, aby w kolejnych dniach nigdzie nie trafić na święta, niedziele w krajach z zamkniętymi sklepami, wymiany turnusów w regionach turystycznych ani na planowane remonty dróg.
Mieliśmy też pomysł, aby ograniczyć posiłki po drodze do przygotowywanych własnoręcznie dań regionalnych na sprzęcie zasilanym z auta. Już drugiego czy trzeciego dnia porzuciliśmy ten pomysł z powodu piekielnych upałów. Klimatyzowane restauracje wygrały.

W tak ekstremalnym projekcie dobór partnerów to kwestia życia i śmierci – biznesowej i psychicznej. Dlaczego postawiliście akurat na taki skład i jak te relacje przetrwały zderzenie z rzeczywistością europejskich dróg?
Aby zachować autentyczność rodzinnych wakacji, zrezygnowaliśmy z szukania partnerów komercyjnych na siłę. Wielu chętnych zgłosiło się mimo to, gdy tylko o 30/30 EV Challenge zrobiło się głośno. Postanowiliśmy więc po prostu ograniczyć grono partnerów do patronów medialnych, organizacji branżowych i klubów EV z różnych krajów. Ostatecznie partnerzy zadbali również o samochód do testów i ładowanie w ramach weryfikacji działania roamingu.
Trzydzieści dni w ciągłej drodze z dziećmi brzmi jak test na wytrzymałość psychiczną, przy którym przetrwanie misji na Marsa wydaje się spacerkiem. W którym momencie podróży po raz pierwszy padło sakramentalne: „Daleko jeszcze?” i jak sobie z tym radziliście?
To fascynujące! Pytanie o podróż z dziećmi pada częściej niż pytania o auto, ładowarki, koszty czy wrażenia z różnych krajów. Mam już duże, samodzielne dzieciaki, które od urodzenia jeżdżą z nami po Europie. Zero problemów czy nudy. Nie była to też ani nasza najdłuższa podróż, ani największy dystans. Zawsze potrafią sobie w ciekawy sposób zorganizować czas. Poza tym nasza codzienna rutyna to raptem godzina czy dwie jazdy, a potem przystanek na zwiedzanie, piknik, spacer, wizytę czy zakupy. Następnie znowu trochę jazdy i pauza. Nie było czasu na znużenie.
Jak wyglądał stan ducha po powrocie? Czy człowiek po 15 tysiącach kilometrów ma ochotę natychmiast wrzucić kluczyki do szuflady i wyjechać w Bieszczady bez prądu, czy też niedosyt zostaje na tyle duży, że myśli się o kolejnym szaleństwie?

15 tysięcy kilometrów to dla mnie relaks. To nieco mniej, niż robię zazwyczaj miesięcznie. Przedostatni dzień wyprawy ujawnił jednak pewne zmęczenie. Rodzina ucichła, a znane nam doskonale niemieckie widoki nie wzbudzały emocji. Wjazd do Holandii to ponownie erupcja entuzjazmu!
Nie czuliśmy potrzeby odpoczynku. Już kilka dni po powrocie wyruszyliśmy do Polski na doroczny zlot EV Klubu w Łodzi, gdzie nasi sympatycy mogli zasypać nas pytaniami i obejrzeć wyprawowego Ioniqa 9.
No właśnie. Hyundai Ioniq 9. Dlaczego akurat ten wielki SUV?
Testowałem to auto kilkukrotnie wcześniej i wiedziałem, że nada się idealnie. Początkowo miał to być nasz stary, ukochany Ioniq 5, którym przejechaliśmy już pół świata, ale akurat w lipcu kończył się jego najem i wrócił do dilera. Holenderski oddział Hyundaia zaproponował użyczenie Ioniqa 9, więc zgodziłem się bez wahania. Były również inne propozycje, ale Ioniq 9 Performance AWD w wersji Calligraphy był bezkonkurencyjny.

Auto bez wad?
W żadnym wypadku. Same gabaryty Ioniqa 9 są jednocześnie wadą i zaletą. Wielki, wygodny, pakowny i pojemny SUV, idealnie sunący po każdej nawierzchni, to autostradowy król. W wąskich uliczkach włoskich miasteczek to niezdarny mamut w galerii sztuki. Wyposażenie, poziom komfortu, cisza, osiągi i prowadzenie – to wszystko reprezentuje najwyższy poziom. Są jednak i słabostki, takie jak fatalny masaż, kiepskie działanie aktywnych reflektorów, niewysoki bagażnik czy choćby brak lodówki.
A jak apetyt na energię?
Zaskakująco niski. Przez większość trasy około 21 kWh na 100 km, ale ostatnie trzy dni to rajd autostradowy i ostatecznie średnia wzrosła do 22 kWh.
Samochód w tej podróży przestał być tylko środkiem transportu, stał się domem, biurem, kuchnią i stacją zasilania w jednym. Jak Ioniq 9 zniósł codzienny, morderczy rytm 500 kilometrów dziennie i co w jego konstrukcji najbardziej ułatwiło życie całej rodzinie?
To bardzo wygodny samochód. Ocean przestrzeni. Mnóstwo gadżetów. Faktycznie, gdy teraz o tym wspominasz, zdałem sobie sprawę, jak uniwersalny jest ten SUV. Zintegrowany z nawigacją planer podróży to funkcja doskonała. Wydajna klimatyzacja wielostrefowa dbała o komfort nawet w największe upały. Panoramiczny, szklany dach to świetne rozwiązanie dla pasażerów, choć na hiszpańskich pustyniach musieliśmy go zasłaniać.

Wspominałeś o gadżetach – jak często V2L ratowało sytuację? Czy kawiarnia na kołach i pizza w szczerym polu, przygotowywane dzięki energii z auta, stały się Waszym stałym rytuałem?
V2L używaliśmy niemal codziennie. Jedynie w największe upały oraz w dniach z dużym dystansem do pokonania odpuszczaliśmy. V2L pozwalało nawiązywać ciekawe parkingowe znajomości. Poczęstowany świeżą kawą Francuz, Bułgar czy Fin jest zawsze chętny do pogawędki. Samodzielne przygotowywanie posiłków pomagało również utrzymać budżet w ryzach.

Porozmawiajmy więc o tym, o czym wszyscy myślą, ale rzadko mówią głośno: o pieniądzach. Czy podróżowanie elektrykiem na dystansie 15 tysięcy kilometrów jest faktycznie tańsze niż porównywalnym potworem spalinowym? Czy szokowały Was opłaty drogowe, koszty zakupów, stawki za noclegi, ceny szybkich ładowarek na autostradach?
Elektrykiem wyszło zdecydowanie taniej. Tu nie ma wątpliwości. Wyszło też szybciej, ale nie o tym… Zużyliśmy 3000 kWh energii, która w zależności od wybranego abonamentu kosztowałaby od 0,30 do 0,60 euro za kWh. Łącznie daje to od 900 do 1800 euro. Koszt ładowania częściowo obniżyły darmowe sesje w hotelach i aktualne promocje – łącznie koszt ładowań wyniósł w naszym przypadku 1100 euro.
Podobnej wielkości SUV o mocy 500 koni i z napędem na cztery koła zużyłby około 10 litrów benzyny na każde 100 km. Licząc średnio po 2,20 euro za litr, dałoby to 3300 euro i tu żaden hotel czy sklep nie wspomoże nas darmowym tankowaniem. Elektrykiem wychodzi trzy razy taniej i dopiero w skali takiej podróży widać tę przepaść.
Opłat drogowych raczej nie odczuliśmy, gdyż od początku postanowiliśmy omijać autostrady. Jedynie mosty w Danii, z opłatą ponad 100 euro za przejazd, były szokiem. Bolało. Ceny podstawowych zakupów w Europie są podobne, więc wożenie ze sobą zapasów nie ma sensu. Oczywiście ogólnie są kraje tańsze i droższe, ale przy jednodniowym pobycie można uniknąć drożyzny.
Unikaliście autostrad na rzecz dróg lokalnych. Co zyskaliście, a co straciliście, rezygnując z szybkiego asfaltu na rzecz bocznych szlaków?
Zyskaliśmy widoki, kontakt z ludźmi, spontaniczne przerwy na zwiedzanie i pyszne, lokalne jedzenie. Oczywiście zaoszczędziliśmy nieco. Straciliśmy łatwość podróży i zasięg GSM… Nie zaskoczę nikogo, gdy powiem, że najpiękniej jest w Skandynawii. Alpy również są cudowne.
A co z infrastrukturą? Przy autostradach jest mnóstwo szybkich ładowarek. Czy na bocznych drogach jest znacznie gorzej?
Jest inaczej. Zazwyczaj nie ma hubów z dziesiątkami punktów ładowania. Są pojedyncze stacje z dwoma lub czterema wtyczkami. Zawsze są wolne i dostępne. Zaletą bocznych dróg jest to, że istnieje przy nich mnóstwo powodów, by się zatrzymać, a to zawsze można połączyć z ładowaniem. Ładowaliśmy 55 razy i zawsze odbywało się to podczas innych zajęć. Nigdy chyba nie staliśmy, czekając, aż naładuje się auto. Sklep, restauracja, zwiedzanie czy wizyta były celem postoju. Ładowanie zawsze przy okazji.
Zazwyczaj nawet nie musieliśmy ładować, bo energii wystarczyłoby do kolejnego noclegu, ale w myśl zasady ABC (Always Be Charging) podłączaliśmy auto zawsze, gdy była ku temu sposobność. Robię tak od lat. No i na bocznych drogach wszystko jest zwyczajnie tańsze.
Najdroższy i najtańszy punkt programu. Gdzie zapłaciłeś za kilowatogodzinę tyle, że poczułeś ból w portfelu, a gdzie ładowanie było niemal darmowym bonusem od lokalnej społeczności?
Tradycyjnie najdroższe było Monako. Tam jednak każdy wydaje pieniądze z przyjemnością. To inna, lepsza galaktyka. Najtańsza była Bułgaria. Pod każdym względem. Najdroższe ładowarki były we Włoszech, a najtańsze – we Francji.
Dziesięć lat temu podróż elektrykiem przez 30 państw wymagała kilkunastu aplikacji, kilku kart, map z ładowarkami i niemal cudu, by to wszystko działało. Jakie aplikacje, karty i systemy pomagają dzisiaj przeżyć taką eskapadę, a które z nich miałeś ochotę skasować po pierwszym tygodniu?
Aplikacji unikam jak ognia. Po prostu ich nie lubię. Czasem sprawdzę ceny lub dostępność ładowarek w apce samochodu. Trasę i ładowania planuje mi wbudowana nawigacja. Niczego więcej nie używam. Choć to nie do końca prawda, bo często sprawdzam dojazd do ładowarki w Mapach Google.

Ładowarki obsługuję kartą. W czasie 30/30 EV Challenge kartę zapewnił partner wyprawy – firma GreenWay. Celem było sprawdzenie w praktyce funkcjonowania europejskiego roamingu. Niemal wszystkie sesje obsłużyła polska karta GreenWay. Problemów nie było, więc działanie roamingu można ocenić bardzo pozytywnie.
Dziesięć lat temu faktycznie wyglądało to inaczej. Doceńmy ten postęp.
Znalezienie ładowarki dużej mocy to jedno, ale co z awaryjnością? Ile razy trafiłeś na stację-widmo – taką, która w aplikacji świeciła na zielono, a na miejscu witała Cię zardzewiałym kablem i błędem komunikacji?
Dwa czy trzy razy faktycznie któraś z ładowarek miała awarię wyświetlacza. Innym razem była offline ze względu na awarię zasilania na pobliskiej stacji paliw. Kompletnie nie miało to wpływu na naszą podróż. Obok zawsze są inne stacje. Raz w Estonii stacja miała o wiele wyższą moc, niż podawała informacja online, musiałem więc po kilku minutach wracać do auta i odstawić Ioniqa na parking, mimo iż planowaliśmy zjeść na spokojnie. Bywa…

Porozmawiajmy o faktach i mitach. Co Cię najbardziej zaskoczyło in plus w europejskiej infrastrukturze ładowania? Czy było jakieś państwo, które boleśnie zweryfikowało Wasze wyobrażenia o nowoczesnej elektromobilności?
Wszystkie zaskoczenia były pozytywne. Po dwóch milionach kilometrów na prądzie Zachód Europy nie ma dla mnie tajemnic w kwestii infrastruktury. Nowi operatorzy zagęszczają sieć, a znalezienie miejscowości bez ładowarki graniczy z cudem. Miałem nieco obaw co do infrastruktury w Rumunii i Bułgarii, ale okazało się, że informacje z internetu są mocno nieaktualne. Sieć ładowarek w Rumunii jest świetna, a w Bułgarii nowe punkty rosną jak grzyby po deszczu – widziałem tam mnóstwo nowych miejsc przygotowanych pod montaż stacji ładowania. Zawodem były Grecja i Włochy, ale nie mogę tu mówić o zaskoczeniu, ponieważ taki stan trwa już kilka lat.
Styl jazdy w różnych zakątkach Europy. Gdzie czułeś się najbezpieczniej, a w którym kraju kierowcy traktowali przepisowe ograniczenia prędkości jak osobistą obelgę?
Najgorzej było we Włoszech, w Bułgarii i w Chorwacji. Tam ograniczenia prędkości są raczej nieśmiałą sugestią, a metr odstępu – zaproszeniem do grupowego wjazdu. Słabo było też w Polsce i na Litwie. Najlepiej tradycyjnie w Austrii i Szwajcarii, ale również w Słowenii, Estonii, Szwecji i Luksemburgu.
Granice w strefie Schengen niby nie istnieją, ale mentalność ludzi na krańcach Europy – powiedzmy na północy Finlandii i na południu Grecji – drastycznie się różni. Jak te lokalne społeczności reagowały na Wasz trip?
Wszędzie to samo: duże zainteresowanie, często niedowierzanie i ciekawość. Tylko w jednym miejscu w Polsce trafił się jakiś krytyk, który wolałby spędzić miesiąc na plaży. Co do granic, to nie zniknęły całkowicie. Teoria nie zawsze pokrywa się z praktyką – Bułgarzy dalej stoją na posterunku, a celnicy w Andorze też chętnie zaglądają do bagażników.
Jak organizowaliście noclegi? Czy zawsze był to hotel z ładowarką?
Kilka pierwszych nocy to teren dobrze znany i zero niewiadomych. Potem już na bieżąco. Karolina za kierownicą, a ja z wyszukiwarką ustalam, gdzie dziś dojedziemy i jaki hotel nas ugości. Nie filtrowałem pod kątem obecności ładowarki, ale niemal każdy hotel ma już własną lub publiczną w bezpośrednim sąsiedztwie.
Hotelowe śniadania w trzydziestu różnych krajach. Czy po miesiącu jesteś w stanie jeszcze spojrzeć na hotelowy bufet? Czy lokalne smaki to element umilający podróż do samego końca?
Cała nasza czwórka uwielbia jeść. Lokalne dania były jednym z topowych elementów podróży. Włoskie pizzerie czy greckie tawerny wspominamy do dziś. Pierogi w Polsce, śledzie w Szwecji, kwas na Łotwie, gulasz na Węgrzech czy austriackie torty to sedno takiej podróży. Natomiast hotelowe śniadania uwielbiam za ich różnorodność i zawsze wysoki poziom.
Gdybyś miał zamknąć oczy i wybrać jeden, absolutnie najszczerszy, najbardziej spektakularny moment całej wyprawy – taki, dla którego warto było podjąć to ryzyko – co by to było?
Odkrycie i poznanie Andory. Byliśmy tam po raz pierwszy i ten kraj nas oczarował. Chcemy tam pojechać na dłuższe wakacje.

A druga strona medalu: co okazało się największym rozczarowaniem? Może przereklamowane miejsce, fatalny hotel czy jakaś sytuacja, po której miałeś ochotę zawrócić?
Słabo wspominam Hiszpanię. To moim zdaniem najbardziej przereklamowany kraj w Europie. Zawsze mnie rozczarowuje. No i hotel w Grecji, który zamyka basen w chwili rozpoczęcia doby hotelowej… Były też problemy zdrowotne – zatrułem się czymś na Bałkanach i całą drogę przez Bułgarię i Grecję przeleżałem na tylnej kanapie. Jak to mówią: nie zawsze musi być kawior. Takie sytuacje to również wspomnienia.


Na zakończenie: 30 państw w 30 dni odhaczone. Poprzeczka wisi teraz tak wysoko, że chyba tylko podróż dookoła globu albo rajd elektrykiem przez Pireneje na wstecznym wchodzi w grę. Jakie są plany na kolejne wojaże?
Nie ma jeszcze planów ani nawet decyzji, czy będą kolejne wyzwania. Oczywiście będziemy nadal podróżować. Dzieciaki rosną, więc kto wie… Może kolejna wyprawa już tylko we dwoje? Wzdłuż wybrzeża Europy… albo 40 stolic… Kto wie?
Dziękujemy za rozmowę,
Elektromobilni.pl
Fot. Autor
