W skrócie:
- Przejazd A2 z Konina do Nowego Tomyśla kosztuje dziś już 120 zł
- Od 1 kwietnia trzeba będzie więcej zapłacić za odcinek Kraków Katowice na A4. Koszt? Dla osobówek to 36 złotych
- Minister infrastruktury przyznał, że umowy koncesyjne są „fatalnie skonstruowane”
- Zdaniem szefa resortu w Polsce nie powinno być więcej radarów. Rzeczywistość temu przeczy
A2 – droga autostrada
W ostatnich dniach najwięcej emocji w świecie kierowców wzbudziły podwyżki opłat na autostradach koncesyjnych. Na zarządzanym przez Autostradę Wielkopolską odcinku A2 przejazd z Konina do Nowego Tomyśla (149 km) kosztuje dziś już 120 zł, co oznacza 40 zł za każdy z trzech fragmentów. W praktyce oznacza to jedne z najwyższych stawek za autostrady w Europie w relacji do długości odcinka.
Od 1 kwietnia podwyżki planowane są także na A4 na odcinku Katowice-Kraków, zarządzanym przez Stalexport.

Minister reaguje, ale niewiele może
Reakcja rządu była szybka, ale jednocześnie pokazuje ograniczenia systemowe. Minister infrastruktury Dariusz Klimczak przyznał wprost, że obowiązujące umowy koncesyjne są „fatalnie skonstruowane” i w praktyce „państwo polskie nie ma nic do powiedzenia”. Mówiąc w skrócie: państwo oddało kontrolę nad strategiczną infrastrukturą na dekady i dziś ma bardzo ograniczone narzędzia wpływu.
Mimo to resort próbuje działać. GDDKiA wraz z ministerstwem skierowały sprawę do UOKiK, który ma sprawdzić, czy operatorzy nie nadużywają swojej pozycji monopolistycznej. Sam minister zapowiada też próbę „dogadania się” z koncesjonariuszem, choć nie ujawnia szczegółów potencjalnych działań.
Wcześniej mówił o tym, że chciałby zerwać umowę, dziś brzmi jednak na bardziej skorego do kompromisu i mniej radykalnych działań. „Dogadanie się” wydaje się jedyną opcją, choć realnie zbyt dużych szans na to raczej nie ma.
Ograniczone pole manewru
Realnie pole manewru ministra jest niewielkie. Umowa na A2 obowiązuje jeszcze przez około 11 lat, co oznacza, że bez kosztownego wykupu lub renegocjacji kierowcy muszą liczyć się z dalszymi podwyżkami. Inaczej wygląda sytuacja na A4 Katowice-Kraków, gdzie koncesja wygasa w 2027 roku. Po jej przejęciu przez państwo opłaty dla samochodów osobowych mają zostać zniesione.
Na razie kierowcy pokonujący trasę między Katowicami a Krakowem od 1 kwietnia zapłacą dwukrotność wskazanej stawki. Najniższe opłaty przewidziano dla motocykli – 9 zł na każdej z dwóch bramek na odcinku. Kierowcy samochodów osobowych zapłacą 18 zł za przejazd przez jedną bramkę – 36 zł za dwie.
Pojazdy zaliczane do kategorii 2 i 3 będą miały wyższe stawki – 32 zł na każdym z punktów poboru. Najwięcej zapłacą kierowcy pojazdów najcięższych z kategorii 4 i 5 – 55 zł za przejazd przez jeden punkt poboru opłat, czyli 110 zł za cały odcinek Katowice-Kraków.
Fotoradary i kontrole prędkości
I tu przekaz rządu jest zaskakujący. W niedawnej wypowiedzi minister Klimczak zapytany, czy w Polsce powinno być więcej fotoradarów, odpowiedział krótko: nie. To stanowisko stoi w kontrze do dotychczasowej polityki rozbudowy systemu automatycznego nadzoru nad ruchem.

Drogowa rzeczywistość idzie w innym kierunku. System CANARD jest nadal rozwijany, a na polskich drogach pojawiają się kolejne urządzenia – zarówno klasyczne fotoradary, jak i odcinkowe pomiary prędkości oraz systemy RedLight.
Co więcej, dane pokazują, że mimo zaostrzenia przepisów kierowcy nadal często przekraczają prędkość. Nowe regulacje, pozwalające na zatrzymanie prawa jazdy również poza obszarem zabudowanym, już w pierwszych tygodniach przyniosły ponad 500 naruszeń prawa. To stawia pod znakiem zapytania tezę, że sama surowsza legislacja wystarczy.
Mniejsza represyjność, więcej kontroli
W efekcie mamy do czynienia z pewnym rozdźwiękiem. Politycznie pojawia się sygnał o ograniczeniu „represyjności” systemu, ale operacyjnie jego rozbudowa trwa – bo wynika zarówno z wcześniejszych decyzji, jak i z realnych potrzeb poprawy bezpieczeństwa.
Jedno jest pewne: kierowcy w Polsce po prostu płacą sporo. Tyle że czasami to kwestia kar za naruszenia przepisów, a czasami po prostu kwestia wyboru trasy, którą jadą. W tym pierwszym przypadku pretensje można mieć tylko do siebie. W tym drugim: można czuć złość i liczyć, że minister – zgodnie z zapowiedziami – jakoś „się dogada”.
Piotr Sobczyk






