W skrócie:
- Na ten debiut czeka wielu pasjonatów motoryzacji, a w zasadzie elektromobilności
- Producent odsłonił dotychczas tylko niektóre elementy wnętrza czteroosobowego gran turismo
- Konkretów jest mało. Mówi się o mocy przekraczającej 1000 KM
- Luce nie będzie obsługiwane wyłącznie ekranami. Przy kosmicznych osiągach kierowcę nic nie może rozpraszać
- Rozruch super bolidu będzie się odbywał za pomocą aluminio-szkalnego kluczyka
- Włosi stawiają na niepowtarzalny styl i dziedzictwo
- Kiedy debiut? W maju
Ferrari Luce
Debiut pierwszego modelu Ferrari na prąd – już wiemy, że będzie nosił nazwę Luce (wł. „światło”) to test tego, czy da się przenieść „ducha Ferrari” do samochodu, który nie ma wydechu i nie wydaje dźwięku V8 czy V12. Więcej szczegółów na temat tego auta poznamy w maju – ale jak na razie, marka z Maranello ujawniła wygląd wnętrza. Mówi się także o konkretnych liczbach – ale jeszcze bez oficjalnego potwierdzenia.

Ferrari Luce zmieści cztery osoby
Luce ma mieć formę czterodrzwiowego, czteroosobowego gran turismo o proporcjach zbliżonych do znanego już Purosangue. W kwestii mocy, mówi się o czterech silnikach elektrycznych i liczbie aż 1014 KM. Marka podkreśla, że najważniejsze mają być wrażenia z jazdy oraz sposób, w jaki kierowca „obsługuje” samochód. Tej kwestii poświęcono wyjątkowo dużo uwagi. Za projekt wnętrza odpowiada studio LoveFrom, współtworzone przez Jony’ego Ive’a, wieloletniego szefa designu Apple. Skojarzenia z iPhone’m nasuwają się same – choć w specyficznym sosie retro.
Niezwykłe materiały, niezwykły design
Wizualizacje wnętrza pokazują, że Ferrari i LoveFrom próbują połączyć dwa światy – analogowy i cyfrowy. Konstrukcja kokpitu w dużej mierze ma być wykonana z anodowanego aluminium, a w kabinie ma nie być plastiku.

Oznacza to podejście znane raczej z drogiej elektroniki niż z motoryzacji: metal, szkło i najwyższa precyzja. W samochodzie ma pojawić się również wzmocnione szkło firmy Corning, a Ferrari podkreśla, że wybór szkła zamiast plastiku ma być decyzją wpływającą na rzecz wrażeń dotykowych i zauważalnej jakości – przy wzroście masy o około 10 kg.

Ekrany mają nie rozpraszać
Najciekawsze jest jednak to, że Luce nie będzie obsługiwane wyłącznie ekranami. Ive mówi wprost, że nie zrobiłby samochodu opartego wyłącznie na wyświetlaczach, bo to wymaga odrywania wzroku od drogi, a założenie, że „skoro napęd jest elektryczny, to interfejs też musi być cyfrowy”, nazywa absurdem.
Dlatego w kabinie zostają fizyczne elementy sterowania – między innymi przełączniki klimatyzacji inspirowane dawnymi przyciskami Ferrari, a także manettino, również wykonane z aluminium, które nadal ma być centrum zarządzania trybami jazdy, układem napędowym, podwoziem czy hamulcami.

Cyfrowe ekrany też są obecne, ale ich rola ma być bardziej „w tle”. Zestaw wskaźników ma mieć przekątną 12,5 cala i wykorzystywać bardzo cienkie ekrany OLED Samsunga ułożone warstwowo – tak by dać efekt trzech tarcz pod wypukłym szkłem.

Co ważne, nawet czarna strefa wokół „zegarów” ma być w rzeczywistości wyświetlaczem, pokazującym dodatkowe informacje, w tym wskazania nawigacji i kontrolki. Centralny ekran ma mieć 10 cali i być ruchomy: da się go przesuwać, a z przodu ma mieć uchwyt działający jako podparcie dłoni podczas obsługi. Główny ekran ma być umieszczony na przegubie kulowym, dzięki czemu będzie można go obracać.
Pojawi się nawet… kluczyk
Ferrari nie poprzestaje na „fizyczności” przycisków. Chce też rytuału uruchamiania auta – jakby na przekór temu, że elektryk teoretycznie nie potrzebuje nawet włącznika. Kierowca ma wkładać kwadratowy, ciężki klucz wykonany z aluminium i szkła do dedykowanego gniazda.
Po kliknięciu żółty kolor klucza ma zmienić się na czarny, a żółta barwa ma „przejść” na selektor jazdy – to symboliczne „przeniesienie mocy” z klucza do auta. Według projektu dopracowanie tego detalu miało zająć niemal rok.

Poza fizycznymi przełącznikami klimatyzacji i multimediów pojawią się dwa osobne schowki (dla kierowcy i pasażera), uchwyty na kubki, przyciski do obsługi bagażnika i centralnego zamka oraz przełączniki szyb na konsoli. Zegarek na szczycie deski ma mieć fizyczne pokrętła.
Procedura aktywacji funkcji launch control ma być wręcz teatralna: uruchamiana przez pociągnięcie w dół uchwytu nad głową kierowcy – „jak w helikopterze”. Do tego dochodzi selektor kierunku jazdy w kształcie odwróconej litery L, wykonany ze szkła, oraz łopatki, które mają służyć do sterowania momentem obrotowym, imitując zmianę biegów.

To najodważniejszy projekt marki
Luce jest próbą pokazania, że elektryczne Ferrari nie musi oznaczać rezygnacji z angażującego prowadzenia i mechanicznych odczuć. To odważna próba pogodzenia dwóch światów – tradycji i nowoczesności. Widać wyraźnie, że Włosi nie zamierzają ścigać się na „cyferki” w tabelach danych technicznych czy czasy przyspieszenia z takimi rywalami, jak Rimac czy nawet BYD. Zamierzają postawić na to, co faktycznie ich wyróżnia: niepowtarzalny styl i dziedzictwo. W świecie, w którym relatywnie łatwo można zaprojektować samochód elektryczny o mocy 2000 czy i 3000 KM, to wygląda na właściwą drogę i odpowiednie wykorzystywanie atutów.
Piotr Sobczyk
Fot. Ferrari
