EPL: Zacznijmy od podstaw. Czym zajmuje się greenSANE i skąd w ogóle wziął się pomysł na tę firmę?
Jakub Tabędzki: Magazyny energii w ostatnich latach zrobiły się bardzo popularne, tylko że… wiele osób nadal nie wie, jak do tego podejść. Na rynku funkcjonują z jednej strony małe magazyny „domowe”, często sprowadzane masowo, a z drugiej ogromne kontenery, które teoretycznie da się przewieźć, ale praktycznie to żadna mobilność – bo potrzebujesz TIR-a i HDS-u.
U nas geneza była trochę inna. Od lat jeżdżę elektrykiem, miałem jedną z pierwszych Tesli. Chciałem robić coś sensownego wokół elektromobilności, ale skala typu „buduję sieć ładowania” była wtedy dla mnie po prostu nierealna. W pewnym momencie, kilka lat temu, pojawił się więc pomysł, żeby wykorzystać baterie z aut elektrycznych jako magazyn energii – tylko w formie naprawdę „plug and play”, żeby elektryk przyszedł, podłączył urządzenie do rozdzielnicy i do baterii, i to działało.
Brzmi prosto. Co stanęło na przeszkodzie?
Prawo i odpowiedzialność. Jeżeli sprzedajesz urządzenie, które pozwala podpiąć „jakąkolwiek” baterię, a ktoś zrobi to źle i dojdzie do pożaru, to nawet przy instrukcjach i zastrzeżeniach odpowiedzialność wraca do producenta. To jest zbyt ryzykowna przestrzeń. Dlatego przeszliśmy w stronę produkcji kompletnych magazynów jako systemów, za które bierzemy odpowiedzialność.
„PV 10 kWp potrafi wyprodukować w dzień kilkadziesiąt kWh. Magazyn 5 kWh to za mało”
Na rynku dużo mówi się o małych magazynach do domów. Wy z tego, co rozumiem, od początku myśleliście szerzej.
Tak, bo jeżeli ktoś ma instalację PV rzędu 10 kWp, to w słoneczny dzień jest w stanie wyprodukować w ciągu dnia około 40–60 kWh. Zimą bywa mniej, ale przy dobrych warunkach to nadal są duże wartości. W takim scenariuszu mały magazyn energii „kilka kWh” w praktyce zapełnia się bardzo szybko i przestaje cokolwiek zmieniać w autokonsumpcji.
Dlatego zaczęliśmy szukać podejścia modułowego: magazyny rzędu kilkudziesięciu, a potem ponad 100 kWh, które da się skalować. Równolegle spotkałem świetnego inżyniera, który od lat budował magazyny – bardzo dobry technicznie, tylko bez „opakowania” produktu i bez konsekwentnego wprowadzania go na rynek. Połączyliśmy siły: ja miałem wizję, czego rynek potrzebuje i jak to ułożyć produktowo, a on potrafił to zbudować tak, żeby to działało.
„Mobilność nie polega na tym, że magazyn da się przewieźć HDS-em”
Skąd w takim razie pomysł na mobilne magazyny energii?
Zderzyliśmy się z realnymi potrzebami rynku. Pojawiły się zapytania i przetargi – między innymi z obszaru samorządów i obrony cywilnej. I tam bardzo często widać było jedną rzecz: zamawiający „chce magazyn energii”, ale nie wie, jak go opisać i do czego go użyje. Bywały przetargi, w których nie określono nawet wymaganej mocy – formalnie wystarczyłyby same baterie.
W tym samym czasie zaczęły się pytania o magazyny „mobilne”. Tyle że to słowo bywa rozumiane skrajnie: albo jako walizka/UPS, albo jako duży kontener, którego nie da się sensownie przestawiać. My uznaliśmy, że potrzebna jest trzecia kategoria: magazyn, który realnie jest mobilny – czyli na przyczepie, gotowy do pracy w terenie, przestawialny i dający się wdrożyć tam, gdzie infrastruktura jest słaba.

„Nowe wymagania formalne? Przyczepa z homologacją zmienia zasady gry”
Wspomniałeś o zmianach przepisów. Jak to wpływa na rynek?
To jest ważny kontekst. Jeżeli pojawiają się progi i wymogi formalne dla instalacji magazynów energii, to rośnie koszt czasu i papierologii. Natomiast przyczepa jako zarejestrowany środek transportu działa w innej logice niż „stała instalacja” na gruncie. W praktyce dla części klientów mobilny magazyn staje się sposobem na uzyskanie efektu (zasilanie, buforowanie, redukcja pików), bez wchodzenia w długą ścieżkę formalną typową dla obiektów budowlanych.
Kto dzisiaj jest waszym klientem?
W segmencie mniejszych magazynów – rzędu około 50-115 kWh – kupują je głównie instalatorzy i dystrybutorzy, którzy montują je u klientów końcowych: w małych firmach albo u osób, które mają fotowoltaikę i nie chcą „oddawać prądu za darmo”. To jest prosta logika ekonomiczna: magazyn ma sens szczególnie wtedy, kiedy finansowanie (kredyt/leasing) sprawia, że miesięczna rata jest zbliżona do wartości energii, którą wcześniej oddawało się w mniej korzystnym modelu rozliczeń. Zapraszam na naszą stronę do kalkulatora liczącego oszczędności – za kilka dni będzie dostępny i pozwoli na porównanie oszczędności z ratą leasingową za sprzęt.
A mobilne magazyny na przyczepie?
Tu widać kilka grup zastosowań. Po pierwsze: budowy i infrastruktura tymczasowa – bo często jest słabe przyłącze, a potrzeby mocy są skokowe. Magazyn pozwala „przenieść” energię w czasie: ładować się spokojnie i oddawać moc wtedy, kiedy jest potrzebna.
Po drugie: eventy i miejsca, w których agregat jest problemem – ze względu na hałas, spaliny albo ograniczenia lokalne. Magazyn nie jest zawsze „zastępstwem agregatu”, częściej jest jego rozsądnym uzupełnieniem, które zmniejsza liczbę godzin pracy diesla.
Po trzecie: samorządy, infrastruktura krytyczna i obszar bezpieczeństwa – bo tutaj liczy się ciągłość działania. Wiele jednostek ma generatory, ale generator oznacza paliwo, serwis, testy, logistykę. Magazyn może przejąć część pracy, a generator ma wtedy rolę „range extendera”, czy raczej “time extendera”: uruchamiasz go wtedy, kiedy trzeba doładować system, a nie trzymasz go cały czas na biegu jałowym.
Da się to pokazać na konkretnym przykładzie?
Tak – robiliśmy wdrożenie na festiwalu muzycznym, gdzie organizator miał bardzo słabe przyłącze, a jednocześnie duże, chwilowe pobory mocy. Zasilaliśmy się niską mocą z sieci przez całą dobę, natomiast oddawaliśmy energię w pikach znacznie wyższych, zgodnie z zapotrzebowaniem strefy gastronomicznej i zaplecza. W praktyce zamiast „kręcić” agregatami przez cały czas, buforujesz energię w magazynie i wykorzystujesz ją wtedy, kiedy realnie jest potrzebna.
Ciekawy przykład to też przepompownie ścieków. Gminy mając panele większość prądu oddają do sieci za grosze, a w nocy pobierają energię. Mogą też postawić mobilny magazyn w roli dual use – w dzień ląduje się z paneli, w nocy obsługuje przepompownie obniżając koszty, a w wypadku kryzysu można go zabrać i użyć zgodnie z zapotrzebowaniem.
Elektromobilność: czy mobilny magazyn ma sens jako „awaryjna ładowarka”?
A temat stricte samochodowy – czy wasza przyczepa może pełnić rolę awaryjnego źródła ładowania?
Technicznie tak. Pokazywaliśmy konfigurację z ładowarką 40 kW i ładowaliśmy auto na targach. Natomiast ekonomicznie, przy dzisiejszej skali rynku, to nie jest „podstawowy” biznes case dla pomocy drogowej – przynajmniej w typowym scenariuszu. Zdarzeń typu „rozładował mi się samochód” jest relatywnie mało, a laweta nadal często jest najbardziej opłacalnym rozwiązaniem. Ale magazyn świetnie pasuje do innego problemu elektromobilności: brak mocy przyłączeniowej pod ładowarki.
Czyli?
Są lokalizacje, w których sensownie byłoby postawić ładowarkę, ale infrastruktura energetyczna na miejscu jest słaba. Wtedy magazyn działa jak bufor: ładuje się wolno z małego przyłącza, a samochodowi oddaje energię szybko, kiedy podjedzie. To nie rozwiązuje scenariusza „ciągła kolejka aut 24/7”, bo magazyn też ma swoją pojemność, ale przy umiarkowanym ruchu pozwala uruchomić usługę wcześniej – zanim operator sieci rozbuduje przyłącze. Dodatkowo mobilna forma daje elastyczność: po roku czy dwóch możesz przenieść system w inne miejsce.
„Ludzie myślą: mam panele, to mam prąd. W awarii sieci często nie mam nic”
Wątek bezpieczeństwa brzmi mocno. Co jest tu najczęściej niezrozumiane?
Dwie rzeczy. Pierwsza: wielu osobom wydaje się, że jak mają fotowoltaikę, to w razie awarii sieci „będą mieli prąd”. W praktyce, gdy sieć jest wyłączona, instalacja PV bez odpowiedniej architektury i magazynu zwykle nie pracuje w trybie wyspowym. Falownik i zabezpieczenia robią swoje, a użytkownik zostaje bez zasilania.
Druga: nawet jeżeli ktoś ma inne źródło ciepła, to często i tak potrzebuje prądu do sterownika, pomp, automatyki. Bez energii elektrycznej w wielu budynkach przestaje działać zaskakująco dużo rzeczy. Magazyn energii pozwala budować realną odporność, a nie tylko poczucie bezpieczeństwa.
Wyzwania: nie produkt, tylko edukacja rynku
Co jest dziś największym wyzwaniem: technologia, konkurencja, ceny?
Największym wyzwaniem jest świadomość rynku – to, że ludzie nie wiedzą, jak magazyn może uzupełniać system energetyczny. Wciąż dominuje myślenie: agregat = proste, bo wlewasz paliwo. Magazyn kojarzy się z „niepewnością”, że zabraknie energii. Tymczasem w praktyce magazyn można łączyć z siecią, OZE, a także z agregatem, który pełni rolę zabezpieczenia i pracuje wtedy, kiedy jest potrzebny.
Jeśli chodzi o konkurencję, to oczywiście rynek jest pełen produktów z Azji, ale przyczepa to nie jest „magazyn przykręcony do platformy”. Tu zmienia się architektura: odporność na wstrząsy, środek ciężkości, konstrukcja, bezpieczeństwo transportowe, homologacja. To bariera wejścia większa niż w zwykłym BESS (czyli bateryjnym systemie magazynowania energii – przyp. red.).
Parametry mobilności: od małej przyczepy po cięższe konfiguracje
Co z logistyką? Masa, prawo jazdy, transport?
Najmniejsze konfiguracje mieszczą się w limicie do 750 kg, więc są proste w transporcie i nie wymagają specjalnych uprawnień poza standardowymi. Większe konfiguracje wchodzą w inne limity masy – to już zależy od docelowej pojemności i wyposażenia, ale to jest segment klientów profesjonalnych, którzy i tak mają w organizacji transport i ludzi do obsługi.
Dziękujemy za rozmowę,
PMA
O firmie:
greenSANE to polski producent magazynów energii: od systemów mobilnych i infrastruktury tymczasowej, przez magazyny przemysłowe, po rozwiązania dla domu i biura. greenSANE deklaruje lokalny serwis w Polsce i budowanie magazynów na podstawie części produkowanych w kraju. Systemy mogą pracować samodzielnie (off-grid), z OZE, z siecią oraz w układach z agregatem jako zabezpieczeniem ciągłości zasilania.
